Gdy gór nie widać..

 

Szaro, buro, nieprzyjemnie, zimno, ale ma lekko.. włączamy GPS i wchodzimy w las kierując się prosto w górę przed siebie w stronę żlebu z nadzieją, że wyżej świeci słońce. Mgła gęstnieje, a podejście robi się coraz bardziej strome. Dobrze, że Sylwia zna tą drogę, gdyż nie ma szans na wypatrzenie jakiegoś punktu odniesienia. Przedzierając się przez gęstwinę, w końcu docieramy do pierwszej polanki. Ledwo widać jej kontury. Nie jest duża, za to cała gęsto pokryta borówką. Jeszcze na niektórych krzaczkach widać pojedyncze przemarznięte owoce. Uff znów przedzieramy się przez lasek. Gałęzie oblepione mokrym śniegiem nie zachęcają do dalszej wędrówki. Wychodzimy na drugą polankę, ale gęsta, ciężka mgła nie pozwala na określenie jak wysoko się znajdujemy. Znów gęsty las, znów śnieg za kołnierzem i ręce przemarznięte do granic możliwości, ale najlepsze przed nami- gęste połacie mokrej kosodrzewiny. Sylwia szybko znika mi z oczu. Próbuję kierować się po jej śladach, ale w takiej gęstwinie walczę o każdy kolejny metr. Kosówka wygrywa, robi ze mną co chce. Ja przód ona pcha mnie w tył. Skostniałe ręce, przemoczona kurtka, mokre buty- sama radość.. Ok widzę Sylwię. Nie wiem jak się przedarła tak szybko i czeka na mnie w najlepsze na skałce, ale zazdroszczę jej jak nie wiem co. Krzyczy ,,już blisko”, a ja klnę pod nosem, że rękawiczki neoprenowe zostały w szufladzie. Dobra udało się, ale kosówka i tak wygrała to stracie. Szukamy dalszej drogi, mgła uparcie to utrudnia. Ok przez młodnik będzie łatwiej, hm..chyba. Wchodzimy w żleb wyprowadzający w okolice szczytu. Zachwyca nas widok kolejnych połaci kosówki. Sylwia idzie pierwsza, wychodzi na wzniesienie i krzyczy że coś się wyłania z chmur. Obracam się i faktycznie gdzieś daleko z morza chmur wyłania się sam czubek słowackiego szczytu. Czyli wychodzimy z mgły, czyli coś jednak zobaczymy. Teraz już przedzieranie przez kosówkę idzie łatwiej, albo jest ona niższa, albo większa determinacja, by jak najszybciej dotrzeć na szczyt. Z każdym metrem coraz więcej widać. Widzimy szczyty skąpane z gęstym morzu mgieł. Docieramy na szczyt. Widok powala. Pstrykamy, pstrykamy, pstrykamy. Słońce, niebieskie niebo, a pod nami jednolity, ogromny puchaty ocean chmur. Szczyty Tatr Wysokich i Zachodnich przybielone śniegiem i skąpane w jesiennym popołudniowym słońcu zachwycają nieziemsko. Sprawdzam GPS, wysokość się zgadza co do metra. Zaczyna wiać. Puchóweczki dają przyjemne ciepło, a herbatka i kabnosik przegryzany czekoladą pychaJ Zdjęć nam ciągle mało, więc znów pstrykamy i pstrykamy. Powoli jednak czas schodzić, choć szkoda się rozstawać z takimi widokami, ale wizja przedzierania się przez naszą ulubienicę kosówkę po ciemku i we mgle skutecznie motywuje do zejścia. Po drodze pstrykamy tak na szybko jeszcze z tysiąc zdjęć i zaczynamy wypatrywać najlepszych wariantów zejścia. O dziwo znajdujemy bardzo wygodny przesmyk, dosłownie parę metrów od naszej drogi w górę. Co za ulga. W dół i tak o niebo szybciej i łatwiej przebijamy się przez kosodrzewinę. Stop. Trzeba wykręcić rękawiczki. Ok. Można iść dalej. Idę za Sylwią, która wypatruje naszych wcześniejszych śladów. Trawersujemy skałkę. Zastanawiam się dlaczego nie pamiętam tego obejścia. Wszystko staje się jasne, kiedy mówi, że ona poszła w prawo i znalazła to obejście , podczas gdy ja walczyłam z upiorną kosówką na wprost…

Szybko docieramy na nasze polanki. Teraz gdy mgła zeszła niżej możemy jeszcze stąd podziwiać widoki. W blasku ostatnich promieni słońca kolory są tak intensywne, że znów z zachwytem pstrykamy. Czas uciekać w las. Przed nami jeszcze ok godzina schodzenia, a zaraz zacznie się ściemniać.Wychodzimy na drogę dokładnie w momencie, gdy zapada zmrok. Udało się bez wyciągania czołówek.

Zmęczone, przemoczone, ale z uśmiechem wracamy do domu.

 

 

kominy17

kominy19

kominy23kominy28